wtorek, 25 lutego 2014

PROLOGUE

- Mam! W końcu TO MAM!!! - niski mężczyzna stał pośrodku dużego laboratorium rwąc ostatnie włosy z głowy. Siatka zmarszczek okalająca zmęczone oczy poruszyła się pod wpływem szerokiego uśmiechu.
- Tyle lat badań, poświęceń nie poszło na marne. Oto nadeszła nowa era – podszedł w stronę ogromnej tablicy i przypiął maleńką karteczkę, na której widniały dwa słowa - '' Murk Knight'' nakreślone na szybko koślawym pismem.
- Doktorze jest Pan pewien, że to zadziała – młody żołnierz wyłonił się zza kolumny podtrzymującej spory balkon widokowy.
- Sierżancie jestem w stanie oddać własne życie za ten wynalazek – odparł wystukując ciąg liczb na klawiaturze. - jutro o tej porze sam się przekonasz – poprawił okulary posyłając delikatny uśmiech mężczyźnie.
  ***

Byłem niczym niewyróżniającym się chłopakiem, tak jak każdy w tych czasach moim jedynym marzeniem było zaciągnięcie się do wojska. Pragnąłem z całego serca wspomóc swoją ojczyznę w zimnej wojnie z Niemcami. W odróżnieniu do innych żołnierzy nie chodziło mi o zabijanie lecz jedynie o walkę z bydlakami i to nie zależnie od ich pochodzenia.
- Rogers! - Na dźwięk swojego nazwiska momentalnie podniosłem się z krzesła a serce przyśpieszyło.
- Co my tu mamy... sama skóra i kości –  wzrok wojskowego doktora spoczął na moich wystających żebrach a następnie otworzył akta
- Przyczyna śmierci ojca – zapytał tonem wypranym z emocji
- Zastrzelony podczas misji – odparłem zgodnie z prawdą przypominając sobie dokładnie dzień w którym dostaliśmy list z kondolencjami.
- Przyczyna śmierci matki
- Była pielęgniarką, w szpitalu zaraziła się jakąś chorobą a na drugi dzień była już martwa
- Chłopcze będę z Tobą szczery – jego szare tęczówki spoczęły na mojej klatce piersiowej – Masz astmę a to wystarczający powód aby ci odmówić... przykro mi – na mojej karcie zawidniał znak '' niezdolny do walki'', moje serce po raz kolejny zostało zmiażdżone na miliony małych kawałków
- Niszczy mi Pan życie – wyszeptałem
- Ratuje Ci je – zamknął dyskusję zostawiając mnie samego.  Naciągnąłem na siebie koszulę, która należała do mojego taty. Była na mnie o wiele za duża ale nie przeszkadzało mi to. Dzięki niej wciąż czułem jego obecność. On zawsze we mnie wierzył i dlatego nie mogłem go zawieść. Wyszedłem na zewnątrz, deszcz zacinał coraz mocniej. Zimne krople orały moja twarz maskując przy okazji łzy spływające po mojej twarzy. Wcisnąłem dłonie do kieszeni spodni i przyśpieszyłem kroku. Co jakiś czas mijali mnie mężczyźni w mundurach śpieszący się na ten ''ostatni'' taniec z wybrankami serca. Ja nigdy jeszcze nie byłem na tańcach ani nie miałem dziewczyny. Byłem nieśmiały, nie przeszkadzało mi to zresztą i tak nie byłem w ich typie. Niski, wychudzony patyk to nie to samo co dobrze umięśniony żołnierz. Zmrużyłem powieki a następnie skierowałem swoje kroki w stronę tutejszego kina. Tak naprawdę nie miałem ochoty na film chciałem się tylko trochę odstresować oraz odciąć myśli o kolejnej porażce. Zająłem swoje miejsce czekając na rozpoczęcie seansu. Zanim on jednak nastąpił na ekranie pojawił się krótki film ukazujący dotychczasowe poczynania wojenne.
 Każdy zdrowy obywatel powinien się zgłosić i ruszyć na pomoc ojczyźnie. Nawet mały Tommy pomaga zbierać złom, który będzie przetopimy na potrzebną broń. Na wszystkich frontach toczy się krwawa wojna...
- Wyłączcie to gówno – jakiś facet siedzący w rzędzie przede mną krzyknął wymachując ręką
- Uspokój się – odparłem – trochę szacunku
- Mam to w dupie, słyszycie mnie ? MAM TO W DUPIE. Włączcie film
- Hej, mógłbyś się zamknąć ? - syknąłem klepiąc go w ramie na co odwrócił się w moją stronę mierząc wzrokiem. Wiedziałam, że po raz kolejny wpakowałem się w kłopoty. Wysoki facet złapał mnie za kark wyprowadzając z kina. Pociągnął mnie za sobą w jedną ze ślepych uliczek Nowego Jorku. Jego twarz wykrzywiła się w złośliwym uśmiechy gdy cisnął mnie na kubły ze śmieciami. Wylądowałem na brzuchu obijając sobie kolana. Wstałem zaciskając dłonie w pięści, brunet zablokował moje uderzenie powalając z powrotem na zimny asfalt. Z moich ust buchnęła krew. Otarłem ją wierzchem kremowej kurtki po raz kolejny podnosząc się na nogi.
- Nie odpuścisz – spytał spoglądając z niedowierzaniem
- Mogę tak cały dzień – pokiwał głową a następnie wymierzył kolejny mocny cios.
- Może byś tak zmierzył się z kimś swoich rozmiarów ? - Rozpoznałem głos Jamesa. Przewróciłem się na plecy podpierając łokciami, przyjaciel po raz kolejny stanął w mojej obronie. Ciężko było stwierdzić, który to już raz.
- Kendall – westchnął pomagając mi wstać – obiecałeś mi, że postarasz się unikać kłopotów
- Przyjęli Cię ? - nagle zobaczyłem, że Maslow ma na sobie mundur
- Od dzisiaj sierżant Maslow – poprawił mnie – jutro wyruszamy do Anglii. Będę dowodził 107 oddziałem – objął mnie ramieniem – musisz się przebrać, wychodzimy wieczorem
- Wybacz, nie mam ochoty – odparłem zgodnie z prawdą
- Potraktuj to jako rozkaz. W końcu to moja ostatnia noc w tym mieście. Zrozumiano ?
- Tak jest – zasalutowałem a po chwili oboje się roześmialiśmy. Ja i James przyjaźniliśmy się od dziecka. To on ratował mnie zawsze z każdej opresji i nie pozwalał zrobić krzywdy. Był takim moim osobistym ochroniarzem a nawet więcej był moim aniołem stróżem.

3 komentarze:

  1. Oczywista oczywistość. Prze-cin-ki. Ale mniejsza.
    Kendzio nie jest patykiem, no! xd
    Czekam na dalszy ciąg :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Uhuhuhu, Sierżant Maslow brzmi seksownie ^^ Czekam ;* i zapraszam ;d http://this-love-is-forbidden.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak ogolnie to znam historie Kapitana Ameryki... Nie wiem skad, ale od malego to znalam xD pewnie mi to utrwalisz...
    Czekam na rozwiniecie ;) Na razie to takie "spokojne" rozpoczecie, mam nadzieje. Czekam na mega akcje <3<3

    OdpowiedzUsuń