piątek, 7 marca 2014

Chapter 1

Biegłem przemierzając kolejne uliczki, byłem już spóźniony. Zerknąłem na zegarek o mało nie przewracając się o własne nogi. James na pewno już czekał. Odnalazłem w sobie resztkę sił przyśpieszając. Na całe szczęście przestało padać a niebo pokryło się milionem gwiazd. Płuca paliły mnie żywym ogniem lecz nie zwalniałem tempa. Nie mogłem zawieźć przyjaciela, który zawsze nadstawiał za mnie karku. Gdy dotarłem na miejsce musiałem usiąść na ławce. Zdawało mi się że zaraz wyzionę ducha. Każda część ciała dawała o sobie znak. Położyłem dłoń na klatce piersiowej spazmatycznie łapiąc oddech.
- W końcu jesteś. Stary kiedy Ty się wreszcie nauczysz, że z astmą nie wolno biegać - pokręcił głową i wyciągnął z mojej kieszeni lekarstwo. Z jego pomocą udało mi się zaaplikować odpowiednią dawkę. Z sekundy na sekundę czułem się lepiej.
- Dzięki James – wysapałem
- Dziewczyny czekają – chwycił mnie za ramię ciągnąc w stronę dwóch kobiet stojących nieopodal nas.
- Drogie Panie przestawiam wam człowieka o którym tak wiele wspominałem. Oto Kendall Rogers. - Skinęły głowami próbując zamaskować chichoty. Pięknie, pewnie widziały jak o mało nie zszedłem na tamten świat. Nie dziwię się im. Każda z nich chciałaby prawdziwego mężczyźnie a nie jego marną imitację. Maslow poprowadził nas na jakieś przedstawienie dotyczące przyszłości. Szczerze, mało mnie to obchodziło. Rozglądałem się wokoło siebie i nagle dostrzegłem coś znacznie ciekawszego. Okrągły budynek a nad wejściem widniał szyld z napisem ''Rekrutacja''. To była moja ostatnia szansa. Po cichu oddaliłem się od towarzyszy i wszedłem do środka.  Jakaś zakochana para spacerowała podziwiając różne obrazy przestawiające żołnierzy na rożnych frontach. Stanąłem przed dużym lustrem a po drugiej stronie ujrzałem zwykłego, niczym nie wyróżniającego się cherlaka.
- Kendall – usłyszałem głos przyjaciela za plecami – znowu chcesz próbować – spytał wyraźnie zmartwiony
- Pragnę jedynie walczyć ramię w ramię z innymi, rozumiesz ?
- Nie nie rozumiem. Rogers do cholery możesz zginąć
- Tak jak i Ty Maslow! - krzyknąłem zaciskając dłonie w pięści – Na wojnie nie ma znaczenie ile ważysz, jak wyglądasz czy ile masz lat. Jeśli przyjdzie mi zginąć, będę zaszczycony, że mogłem pomóc... że mogłem zrobić cokolwiek
- Rób jak uważasz – James spojrzał na mnie z politowaniem, które było wymalowane w jego brązowych źrenicach – Idziemy na tańce jak cię odrzucą albo co gorsza przyjmą – zawiesił głos – czekamy na ciebie – po tych słowach oddalił się i zniknął z pola widzenia.
Wziąłem głęboki oddech próbując opanować drżenie rąk. Bałem się kolejnego odrzucenia. Pielęgniarka wprowadziła mnie za parawan gestem dłoni wskazując łóżko polowe
- Kogo teraz mamy – po chwili pojawił się również lekarz
- Kendall Rogers z Queens proszę Pana – stanąłem na baczność a serce biło mi jak oszalałe
- Rogers... Rogers... aż tak ci się spieszy na pewną śmierć – spytał przeglądając jakieś dokumenty
- Przepraszam ale doktor Jones prosi Pana na moment – głowa pielęgniarki wyłoniła się zza parawanu
- Dobrze już idę – odchrząknął – a Ty tu chłopcze poczekaj  - Zostałem sam co pozwoliło mi się odrobinę zrelaksować. Usiadłem na materacu podwijając z nerwów rękawy koszuli. Tysiące myśłi przewijało się przez moją głowę. James miał rację jeśli połapią się ile razy podawałem się za kogoś innego to wsadzą mnie do pudła. Z letargu wyrwał mnie dźwięk nieznajomego głosu. Podniosłem wzrok i zobaczyłem starszego mężczyznę. Na nosie miał okrągłe okulary a w dłoni teczkę z moim nazwiskiem.
- Chcesz zabijać Niemców ? - spytał bez ogródek przez co zbił mnie nieco z tropu.
- Przepraszam czy to jakiś test – spytałem nie spuszczając z niego wzroku.
- Tak – odparł po dłuższej chwili milczenia
- Nie chce zabijać – moje serce przemówiło tyk razem – chcę jedynie sprawiedliwości. Nie lubię bydlaków nie zależnie skąd pochodzą
- Jestem zdumiony ile razy próbowałeś – pomachał moimi aktami i wyszedł na zewnątrz
- Czy to źle ?
- Według mnie nie... powiedz mi skąd tak naprawdę jesteś – zapytał naciągając na swe ramiona szary prochowiec. Nie odezwałem się.
- Jeśli mi powiesz podbiję twoje zgłoszenie
- Brooklyn Sir, jestem z Brooklynu – te słowa wyleciały ze mnie niczym z automatu a doktor chwycił pieczątkę przybijając ''1 kategorię'' pod moim nazwiskiem.
- Witamy w wojsku żołnierzu – uchylił kapelusz wręczając mi mój bilet do największego marzenia.
                                                           ***

- Żołnierze nazywam się Agentka Carter i od dzisiaj rozpoczynamy szkolenie – Moim oczom ukazała się śliczna brunetka o cerze jasnej niczym najdroższa porcelana. Gdyby ktoś właśnie mierzyłby mi puls z całą pewnością stwierdziłby zgon. Rozejrzałem się po twarzach pozostałych chłopaków, najwidoczniej nie tylko ja miałem podobne odczucia co do tej kobiety.
- A może potrenujemy coś innego – Burns jako jedyny odważył się zabrać głos – i sprawdzimy jak brytyjska agentka radzi sobie w łóżku
- Tak więc wystąp z szeregu żołnierzu – odparła kokieteryjnym tonem – opuszki jej palców błądziły po koszulce Briana. Nagle wymierzyła solidny cios, chłopak upadł miotając się w błocie. Ledwo udało mi się ukryć cichy śmiech.
- Poznaliście już Agentkę Carter jak widzę – Pułkownik McCartney szedł w naszą stronę dopalając gasnącego już papierosa – Burns zbieraj dupę i do szeregu – rozkazał. - Pod koniec tygodnia wybierzemy jednego z was. Wybraniec stanie się jednym z nowej ery superbohaterów, którzy osobiście odprowadzą Hitlera do samego piekła.
- Rogers nie ociągaj się – krzyknął ktoś gdy po raz kolejny nie udało mi się pokonać przeszkody. Dawałem z siebie wszystko lecz to i tak wciąż było za mało. Reszta żołnierzy wciąż się ze mnie nabijała wycinając po drodze różne numery. Udawałem, że się tym nie przejmuje lecz w głębi duszy wiedziałem już co znaczą słowa Jamesa ''Oni cię zniszczą''. Odchyliłem hełm, który za każdym razem opadał mi na oczy i próbowałem przebrnąć przez zasieki. Gdy wreszcie ukończyłem zadanie moje plecy były pokryte licznymi zadrapaniami a koszula lepka od krwi.
- Agentko Carter proszę zabrać Rogersa do skrzydła szpitalnego – McCartney wydał rozkaz zakładając ręce na bokach
- Nie... nie trzeba – podniosłem się do pozycji pionowej – dam rade
- Na pewno ? - brunetka złapała moją dłoń. Twarz miała zatroskaną na widok moich zmasakrowanych pleców.
- Tak to nic takiego Proszę Pani (Ma'am) – zacisnąłem zęby starając się nie myśleć o piekącym bólu przeszywającym moje ciało. Bez marudzenia wróciłem do przerwanego szkolenia.

Wieczorem  niebo zasłoniły ciemne chmury z których lunęła rzęsista ulewa. Starałem się jak mogłem dojść do swojego domku lecz ciężkie buty grzęzły mi w błocie a każda część mojego ciała odmawiała posłuszeństwa. Nic mnie nie mogło uchronić od upadku nic z wyjątkiem......
- Pozwól, że ci pomogę – Jej głos był niczym śpiew kanarka. Złapała moje ramię i pomogła dojść do łóżka. Usiadłem na materacu zdejmując zabłocone obuwie.
- Mogę o coś spytać – brunetka zajęła miejsce naprzeciw mnie wbijając we mnie świdrujące spojrzenie. Nie opowiedziałem lecz jedynie skinąłem głową na znak pozwolenia – Co takiego mężczyznę sprowadza do wojska ? - uniosłem podbródek
- Pani też myśli, że się nie nadaje – zmrużyłem powieki a dłonie kurczowo zacisnąłem na swych kościstych kolanach
- Nie to mam na myśli – odparła szybko odwracając wzrok – Chodzi o to, iż jesteś zbyt dobry. Nie pasujesz do roli maszyny do zabijania – wyjaśniła łapiąc mój nadgarstek
-Jest Pani pierwszą osobą, która widzi mnie w takim świetle – przyznałem. Jej zgrabne palce delikatnie muskały moją skórę. - Mam stać się jednym z tej nowej rasy superbohaterów – wypaliłem
- Wiem i według mnie pasujesz idealnie – posłała mi łagodny uśmiech. - Jak Twoje plecy – spytała zgrabnie zmieniając temat
- Lepiej.... najważniejsze, że ból minął. Jest Pani Brytyjką prawda ?
- Tak, urodziłam się w Londynie – uśmiech nie znikał z jej twarzy
- Więc jakim cudem trafiła Pani do Amerykańskiego wojska – nie udało mi się ukryć zdumienia ton mojego głosu zdradził wszystko
- Dwa lata temu przeniosłam się tutaj ze względu na pewną osobę lecz jak to w życiu bywa nastał koniec – zawiesiła głos lecz po chwili ciągnęła dalej  Nie chciałam wracać do domu gdyż moja rodzina nigdy nie akceptowała moich decyzji dlatego też zaciągnęłam się do armii co łatwe nie było. Jak tylko widzieli kobiete zamykali wszystkie drzwi. W końcu szczęście się do mnie uśmiechnęło – gdy skończyła spojrzała w moje oczy. Miałem ochotę wziąć tą kobietę w ramiona i nigdy nie wypuszczać jednakże musiałem się opanować.
- Powinieneś się przespać – odparła – jutro wielki dzień – wstała puszczając moją dłoń – Dobranoc Rogers – skinęła głową opuszczając pomieszczenie
- Dobranoc Peggy – wyszeptałem lecz już do siebie. Położyłem się na łózku rozmyślając o tych pięknych czekoladowych tęczówkach należących do najpiękniejszej kobiety w całym wszech świecie. Na jej widok zdawało się, że serce wyskoczy mi z piersi a w brzuchu latało stado motyli.  Nigdy wcześniej czegoś takiego nie przeżyłem. Głośno westchnąłem postanawiając jednak zastosować się do słów Agentki Carter. Zamknąłem oczy a po chwili Morfeusz porwał mnie w swoje objęcia.


Obudziły mnie dziwne dźwięki dobiegające z zewnątrz. Przetarłem zaspane powieki wolno wygrzebując się spod starego koca. Naciągnąłem na siebie biały t-shirt oraz jasne spodnie i wyszedłem przed drewniany domek.  Wszyscy żołnierze już oddawana  dostawali wycisk na polu treningowym co było nie lada wyczynem po całonocnej ulewie.
- Dzień dobry śpiąca królewno – odwróciłem się mając przed oczyma Peggy.
- Dzień dobry – zasalutowałem będąc pewnym, że za chwile mi się oberwie
- Spokojnie – odparła jakby czytała w moich myślach – dzisiaj jest Twój wielki dzień bohaterze – wielki dzień o którym zupełnie zapomniałem. Przeczesałem dłonią gęste włosy zastanawiając się co teraz
- Zapraszam za mną – wsiadła do samochodu zaparkowanego tuż za jej plecami. Zrobiłem dokładnie to samo zajmując miejsce obok niej.  Złożyłem ręce na kolanach obserwując widoki za oknem. Przejeżdżaliśmy akurat przez dzielnicę w której się wychowałem.
- W tej alejce mnie pobili – odezwałem się przypominając sobie ten przykry incydent – i w tej uliczce również, i na tyłach tego sklepu – odwróciłem twarz w stronę brunetki. Nic nie mówiła.. milczała chłonąc każde moje słowo. - Taka piękność znaczy kobieta.. piękna kobieta anioł – język zaczął mi się plątać a ja czułem się jak ostatni palant
- Nie wiesz jak rozmawiać z kobietami czyż nie ? - uśmiechnęła się nie spuszczając ze mnie wzroku
- Ja nawet nigdy nie miałem dziewczyny – przyznałem gorzką prawdę – wszyscy koledzy chodzili na potańcówki, bale a ja... ja siedziałem w domu przeglądając stare komiksy
- Nigdy nie tańczyłeś ? - spytała z nie dowierzaniem
- Nie patrze na to w ten sposób....
- A w jaki ?
- Po prostu czekam...
- Na co – naciskała
- Na tą właściwą
Samochód wreszcie się zatrzymał. Otworzyłem drzwi podając rękę Agentce Carter i w ten sposób pomagając jej wyjść. Całą ulice wypełniały zaparkowane samochody oraz odgłosy bawiących się dzieci. Wraz z Peggy weszliśmy do małego antykwariatu.  Z zaplecza wyłoniła się starsza kobieta
- Dziś raczej nie będzie padać – spojrzałem zdziwiony na swą towarzyszkę lecz ona z delikatnym uśmiechem odparła
- Na wszelki wypadek noszę ze sobą parasol – staruszka przeszła za ladę a po chwili naszym oczom ukazały się wielkie metalowe drzwi
- Za mną – rozkazała Carter i razem przemierzaliśmy drugi korytarz. Szedłem w milczeniu nie zadawając żadnych pytań. Żołądek podskoczył mi do gardła a dłonie zaczęły się pocić. Nie miałem żadnej gwarancji, że eksperyment Doktora Jonesa się powiedzie. Jeśli się nie uda bądź najmniejsza rzecz pójdzie nie zgodnie z planem zostanie po mnie jedynie mgliste wspomnienie.
- Gotowy – Peggy złapała moje ramię zmuszając abym spojrzał jej w oczy
- Tak – wychrypiałem, po chwili znaleźliśmy się w laboratorium wypełnionym różnymi osobistościami.
- Rogers – krzyknął Jones podchodząc w moim kierunku – jak się czuje nasz przyszły bohater – uśmiechnął się klepiąc po plecach
- Wyśmienicie – skłamałem nieco spoglądając w stronę Agentki Carter rozmawiającej z jakimś wysokim mężczyzną. Poczułem delikatne ukłucie zazdrości w okolicach serca.
- Panie i Panowie – Jones chwycił mikrofon – Oto jesteśmy świadkami niezwykłego wydarzenia. Temu oto wybrańcowi zostanie wstrzyknięte serum.... serum, które zapoczątkuje rasę superżołnierzy. Pan Rogers jest pierwszą osobą na której dokonamy tego cudu. - po tych słowach podszedł do małej komory – Kendall ściągnij koszulkę i zapraszam do środka – Drżącymi rękami zerwałem z siebie t-shirt i z pomocą Jonesa wszedłem do kabiny.
- Teraz wstrzykniemy ci penicylinę a następnie serum – po informował mnie – wówczas kabina się zamknie a Stark naświetli cię promieniami Vital. Wszystko jasne? – spytał po raz ostatni – Jak najbardziej – odparłem i odnalazłem wzrokiem Peg. Siedziała na balkonie widokowym obserwując całą sytuację z lekkim niepokojem. Wyglądała zjawiskowo pięknie zresztą jak wtedy gdy po raz pierwszy ją ujrzałem. Wziąłem głęboki wdech dając sygnał pełnej gotowości. Po chwili kabina się zamknęła a mnie ogarnęła ciemność.
- Panie Stark zaczynamy promieniowanie – usłyszałem głos doktora Jonesa wydobywający się gdzieś z oddali. Zacisnąłem wargi a moje ciało przeszył ogromny ból zupełnie jakby ktoś wbijał we mnie tysiące noży.
- 30%.... 40%.......70% - Przy tym stopniu nasilenia nie zdołałem powstrzymać krzyku, który wydobył się z mojego gardła.
- Wyłączyć maszynę! - usłyszałem Peggy, nie rozumiałem jedynie dlaczego tak bardzo się o mnie martwi
- Panie Stark wyłączyć – doktor Jones potwierdził rozkaz ślicznej brunetki
- Nie róbcie tego!! Wytrzymam! - odkrzyknąłem zaciskając dłonie w pięści
- 80% - Howard Stark kontynuował – 90%..... 100%  - Usłyszałem trzaski a po chwili kabina się otworzyła. Szum zachwytu przeszedł przez laboratorium. Uniosłem dłonie, zamiast patyków moim oczom ukazały się potężne bicepsy. Moje ciało było idealnie wyrzeźbione. Byłem również wyższy. To co się właśnie stało nie potrafiło przedostać się do mojej świadomości. Stałem zahipnotyzowany nie wiedząc co zrobić ani jak się zachować. Gdyby nie Agentka Carter pewnie dalej błądziłbym nieprzytomnym wzrokiem po twarzach nieznajomych mi ludzi
- Udało się – jej cichy ton ledwo do mnie dotarł.
- Na to wygląda – lekki uśmiech zamajaczył na mych wargach
- Ubierz się – podała mi koszulkę, nie dało się nie zauważyć, że jej wzrok lustrował moją klatkę piersiową. Gdy zdała sobie z tego sprawę speszona odwróciła twarz. Schlebiło mi nie mogę powiedzieć, że nie. Delikatnie musnąłem jej dłoń splatając o chwili nasze palce. Ścisnęła je a policzki kobiety oblał szkarłatny rumieniec. Dzięki serum nie tylko dostałem nowe ciało lecz również większą pewność siebie. Powoli zbliżałem twarz w stronę jej krwisto czerwonych ust
- Panie Rogers – dźwięk głosu McCartney sprawił, że odskoczyłem do tyłu
- Kapralu – wyszeptałem
- Przy najmniej teraz przypominasz żołnierza – uścisnął moją rękę gdy nastąpił głośny wybuch. Instynktownie zasłoniłem swoim ciałem Agentkę Carter. Płomienie trawiły balkon widokowy a mężczyzna podający się za dziennikarza wyciągnął resztkę serum i szybkim krokiem wycofywał się w stronę drzwi
- Schmidt się ucieszy – krzyknął oddając dwa strzały w serce doktora Jonesa. Podbiegłem do niego, leżał w kałuży krwi próbując coś powiedzieć. Z moich oczu kapały słone łzy. Człowiek dzięki któremu tak wiele zawdzięczam nie żyje a ja nie potrafiłem mu pomóc. Delikatnie uniosłem jego głowę spoglądając w oczy, które powoli zachodziły mgłą. Resztkami sił zdołał unieść rękę. Myślałem, że chce mi coś podarować lecz on jedynie wskazał na moje serce dając mi do przypomnienia po raz ostatni co tak naprawdę ma znaczenie. Po chwili zesztywniał. Kątem oka dostrzegłem Peggy, która ruszyła w pogoń za niemieckim szpiegiem, spojrzałem po raz ostatni na przyjaciela i ruszyłem za nikim innym jak za zwykłym mordercą.

Wypadłem z laboratorium mijając podziurawione ciała, z każdą następną sekundą moje nogi nabierały coraz szybszej prędkości. Starałem się oddychać miarowo ale adrenalina robiła swoje. Zmrużyłem powieki, ten bydlak nie mógł mi uciec... nie dzisiaj. Opuściłem budynek. Peggy stała na środku jezdni celując w stronę samochodu jadącego prosto na nią. Moje serce mocno zabiło, skoczyłem odpychając ją na chodnik
- Zwariowałeś Rogers – krzyknęła – miałam GO
- Przepraszam – odparłem po czym podniosłem się na nogi i pognałem za oddalającym się mercedesem. Skręciłem w wąską alejkę przeskakując nad zamkniętą bramą, wylądowałem miękko na nogach po czym wbiegłem na dach nadjeżdżającego samochodu. Bez najmniejszego wysiłku przeskakiwałem na kolejne, wiatr rozwiewał moje włosy a krew szybciej krążyła w moich żyłach. Dokonałem szybkiej kalkulacji i dalekim skokiem przeniosłem się na dach samochodu zbiega. Starał się mnie zrzucić lecz wiedziałem, że nie może ze mną wygrać. Nie mogłem zawieść zamordowanego przyjaciela. Zacisnąłem zęby mocniej przytrzymując się dachu, Niemiec nie dawał za wygraną. Muszę przyznać, że zaczynał mnie denerwować, w pewnym momencie skręcił tak ostro, że samochód zaczął dachować. Zeskoczyłem w ostatniej chwili ledwo unikając zderzenia z pobliską latarnią. Podniosłem się otrzepując kawałki szkła, które powbijały mi się w skórę. Jednym susem doskoczyłem do mordercy próbującego wyczołgać się z wraku samochodu. Złapałem go za kark przerzucając na plecy, w jego oczach nie dostrzegłem nic za wyjątkiem zwykłej pogardy. Wymierzyłem solidny cios w jego twarz a z nosa buchnęła czerwona ciecz. Z klapy jego marynarki wypadła mała fiolka roztrzaskując się w drobny mak, resztka serum powoli spływała do kanałów.
- Kim jesteś ? - spytałem
- Jednym z wielu  - odparł a uśmiech zawitał na jego szpetnej gębie. Ponownie zacisnąłem dłoń w pięść
- Odetniesz jedną głową a na jej miejscu pojawią się następne – Chciałem mu przywalić lecz on przegryzł jakąś ampułkę po chwili jego serce zamilkło.


Wkurzony plątałem się po okolicy. Tak naprawdę to bałem się wrócić do obozu, bałem się reakcji McCartneya, znając go będzie niepocieszny ze straty tak cennego serum. Wcisnąłem dłonie do kieszeni raz po raz kopiąc kamyki leżące na chodniku. Łagodny wiatr rozwiewał moje włosy a płuca wypełniało świeże powietrze. Ludzie przechodzący obok wlepiali we mnie świdrujące spojrzenia.
- Hej przystojniaku – jakaś gorąca blondynka złapała moje ramię. Nie wiedziałem co powiedzieć, ta dziewczyna była naprawdę piękna.
- Kend...Kendall – wyjąkałam w końcu wyciągając dłoń
- Cindy – ujęła ją delikatnie i złożyła czuły czuły pocałunek na moim policzku
- Wreszcie cię znalazłam – dobrze znany mi głos sprawił, że aż podskoczyłem, momentalnie odsunąłem się od dziewczyny.
- Peggy co ty tutaj robisz – spytałem wyraźnie zdziwiony jej widokiem
- Wiesz... martwiłam się, że coś ci się stało.... ale jak widać niepotrzebnie – syknęła. Odwróciła się na pięcie oddalając się.
1. - Miło cię było poznać Cindy – rzuciłem zostawiając zdezorientowaną blondynkę. - Peggy poczekaj! - krzyknąłem lecz brunetka ani myślała się zatrzymać – To ona mnie zaczepiła, Peggy proszę porozmawiajmy... Brunetka zdawała się być głucha na moje prośby. Złapałem mocno jej ramię co spowodowało, iż wreszcie na mnie spojrzała. Jej piękne brązowe oczy przenikały mnie na wylot, delikatnie pogłaskałem jej różany policzek. Drgnęła.... Nie wiedziała o tym ale to Ona … Ona była dziewczyną z moich marzeń oraz snów....

wtorek, 25 lutego 2014

PROLOGUE

- Mam! W końcu TO MAM!!! - niski mężczyzna stał pośrodku dużego laboratorium rwąc ostatnie włosy z głowy. Siatka zmarszczek okalająca zmęczone oczy poruszyła się pod wpływem szerokiego uśmiechu.
- Tyle lat badań, poświęceń nie poszło na marne. Oto nadeszła nowa era – podszedł w stronę ogromnej tablicy i przypiął maleńką karteczkę, na której widniały dwa słowa - '' Murk Knight'' nakreślone na szybko koślawym pismem.
- Doktorze jest Pan pewien, że to zadziała – młody żołnierz wyłonił się zza kolumny podtrzymującej spory balkon widokowy.
- Sierżancie jestem w stanie oddać własne życie za ten wynalazek – odparł wystukując ciąg liczb na klawiaturze. - jutro o tej porze sam się przekonasz – poprawił okulary posyłając delikatny uśmiech mężczyźnie.
  ***

Byłem niczym niewyróżniającym się chłopakiem, tak jak każdy w tych czasach moim jedynym marzeniem było zaciągnięcie się do wojska. Pragnąłem z całego serca wspomóc swoją ojczyznę w zimnej wojnie z Niemcami. W odróżnieniu do innych żołnierzy nie chodziło mi o zabijanie lecz jedynie o walkę z bydlakami i to nie zależnie od ich pochodzenia.
- Rogers! - Na dźwięk swojego nazwiska momentalnie podniosłem się z krzesła a serce przyśpieszyło.
- Co my tu mamy... sama skóra i kości –  wzrok wojskowego doktora spoczął na moich wystających żebrach a następnie otworzył akta
- Przyczyna śmierci ojca – zapytał tonem wypranym z emocji
- Zastrzelony podczas misji – odparłem zgodnie z prawdą przypominając sobie dokładnie dzień w którym dostaliśmy list z kondolencjami.
- Przyczyna śmierci matki
- Była pielęgniarką, w szpitalu zaraziła się jakąś chorobą a na drugi dzień była już martwa
- Chłopcze będę z Tobą szczery – jego szare tęczówki spoczęły na mojej klatce piersiowej – Masz astmę a to wystarczający powód aby ci odmówić... przykro mi – na mojej karcie zawidniał znak '' niezdolny do walki'', moje serce po raz kolejny zostało zmiażdżone na miliony małych kawałków
- Niszczy mi Pan życie – wyszeptałem
- Ratuje Ci je – zamknął dyskusję zostawiając mnie samego.  Naciągnąłem na siebie koszulę, która należała do mojego taty. Była na mnie o wiele za duża ale nie przeszkadzało mi to. Dzięki niej wciąż czułem jego obecność. On zawsze we mnie wierzył i dlatego nie mogłem go zawieść. Wyszedłem na zewnątrz, deszcz zacinał coraz mocniej. Zimne krople orały moja twarz maskując przy okazji łzy spływające po mojej twarzy. Wcisnąłem dłonie do kieszeni spodni i przyśpieszyłem kroku. Co jakiś czas mijali mnie mężczyźni w mundurach śpieszący się na ten ''ostatni'' taniec z wybrankami serca. Ja nigdy jeszcze nie byłem na tańcach ani nie miałem dziewczyny. Byłem nieśmiały, nie przeszkadzało mi to zresztą i tak nie byłem w ich typie. Niski, wychudzony patyk to nie to samo co dobrze umięśniony żołnierz. Zmrużyłem powieki a następnie skierowałem swoje kroki w stronę tutejszego kina. Tak naprawdę nie miałem ochoty na film chciałem się tylko trochę odstresować oraz odciąć myśli o kolejnej porażce. Zająłem swoje miejsce czekając na rozpoczęcie seansu. Zanim on jednak nastąpił na ekranie pojawił się krótki film ukazujący dotychczasowe poczynania wojenne.
 Każdy zdrowy obywatel powinien się zgłosić i ruszyć na pomoc ojczyźnie. Nawet mały Tommy pomaga zbierać złom, który będzie przetopimy na potrzebną broń. Na wszystkich frontach toczy się krwawa wojna...
- Wyłączcie to gówno – jakiś facet siedzący w rzędzie przede mną krzyknął wymachując ręką
- Uspokój się – odparłem – trochę szacunku
- Mam to w dupie, słyszycie mnie ? MAM TO W DUPIE. Włączcie film
- Hej, mógłbyś się zamknąć ? - syknąłem klepiąc go w ramie na co odwrócił się w moją stronę mierząc wzrokiem. Wiedziałam, że po raz kolejny wpakowałem się w kłopoty. Wysoki facet złapał mnie za kark wyprowadzając z kina. Pociągnął mnie za sobą w jedną ze ślepych uliczek Nowego Jorku. Jego twarz wykrzywiła się w złośliwym uśmiechy gdy cisnął mnie na kubły ze śmieciami. Wylądowałem na brzuchu obijając sobie kolana. Wstałem zaciskając dłonie w pięści, brunet zablokował moje uderzenie powalając z powrotem na zimny asfalt. Z moich ust buchnęła krew. Otarłem ją wierzchem kremowej kurtki po raz kolejny podnosząc się na nogi.
- Nie odpuścisz – spytał spoglądając z niedowierzaniem
- Mogę tak cały dzień – pokiwał głową a następnie wymierzył kolejny mocny cios.
- Może byś tak zmierzył się z kimś swoich rozmiarów ? - Rozpoznałem głos Jamesa. Przewróciłem się na plecy podpierając łokciami, przyjaciel po raz kolejny stanął w mojej obronie. Ciężko było stwierdzić, który to już raz.
- Kendall – westchnął pomagając mi wstać – obiecałeś mi, że postarasz się unikać kłopotów
- Przyjęli Cię ? - nagle zobaczyłem, że Maslow ma na sobie mundur
- Od dzisiaj sierżant Maslow – poprawił mnie – jutro wyruszamy do Anglii. Będę dowodził 107 oddziałem – objął mnie ramieniem – musisz się przebrać, wychodzimy wieczorem
- Wybacz, nie mam ochoty – odparłem zgodnie z prawdą
- Potraktuj to jako rozkaz. W końcu to moja ostatnia noc w tym mieście. Zrozumiano ?
- Tak jest – zasalutowałem a po chwili oboje się roześmialiśmy. Ja i James przyjaźniliśmy się od dziecka. To on ratował mnie zawsze z każdej opresji i nie pozwalał zrobić krzywdy. Był takim moim osobistym ochroniarzem a nawet więcej był moim aniołem stróżem.

poniedziałek, 24 lutego 2014

Happy Birthday Ewa!

Trudno myśli ubrać w słowa,
oddać piórem życzeń kwiat...
wyrzec to, co serce chowa...
Powiem krótko: ŻYJ 100 LAT!!!

Ewciu ta notka jak w ogóle cały ten blog jest dedykowany dla Ciebie :) Zapewne sporo osób ci dzisiaj składało życzenia. Wiedz, że jest jeszcze jedna osoba, która chciałaby to zrobić.... Oto ona :





Uśmiech już zamajaczył na twojej twarzy ? Hm...na pewno :) A teraz takie małe 'coś' ode mnie :) 
Przerobiłem troszkę tekst Cover Girl specjalnie for you :*



Nie mam pojęcia dlaczego jesteś zawsze taka niepewna siebie
Pragnę abyś mogła spojrzeć na siebie moimi oczami i ujrzeć to co ja widzę
Nie rozumiem dlaczego nie możesz mi uwierzyć
Że z każdym dniem stajesz się piękniejsza

Podczas gdy siedzisz i przeglądasz czasopisma 
Rozmyślasz, że nigdy nie będziesz wyglądać tak jak te dziewczyny z okładek
Pozwól mi powiedzieć - mylisz się

Ty już jesteś niczym dziewczyna z okładki
Dla mnie jesteś super gwiazdą
Dlaczego tego nie widzisz ?
Każdy chłopak pada na kolana widząc twą piękną twarz
Piękno to to co mamy pod skórą
Piękno świeci wewnątrz każdego z nas
Jesteś idealną dziewczyną z okładki 

Zrobię wszystko abyś tylko się uśmiechnęła...

Nadszedł czas na jeszcze jedną rzecz :) Tak więc zrobiłem filmik w którym zagrała ciebie ... tak Ciebie Ewciu: Ariana Grande. Filmik przedstawia ciebie jaka starszą już kobietę, która przypomina sobie wszystkie wspaniałe chwile spędzone z miłością swojego życia.... Przyjemnego seansu solenizantko :*









Witam!

Witam na moim nowym blogu, który jest w całości zadedykowany największej fance Kendalla Schmidta - Ewie :) Rolę Ewy w moim nowym opowiadaniu zagra Hayley Atwell :) Mam nadzieję, że spodoba wam się nowa historia Kapitana Ameryki. Zapraszam gorąco do czytania :)